Lato nie odkrywa ciała.
Lato odkrywa relację z nim
Akceptacja własnego ciała najczęściej przestaje być abstrakcyjnym hasłem wtedy, gdy robi się ciepło. Przez większą część roku można skutecznie nie myśleć o sylwetce. Ciało znika pod warstwami ubrań, codziennym pośpiechem i obowiązkami, które nie zostawiają czasu na dłuższe przyglądanie się własnemu odbiciu. Dopiero gdy temperatura rośnie, a z szafy znikają grube swetry i kurtki, wiele kobiet zaczyna patrzeć na siebie inaczej.
Wracają spojrzenia kierowane w stronę lustra, krytyczne uwagi wypowiadane półgłosem oraz znajome obietnice składane samej sobie. Jeszcze trochę. Jeszcze kilka kilogramów. Jeszcze miesiąc. Potem sukienka, zdjęcia, basen, wakacje. Potem wreszcie życie bez skrępowania.
Łatwo wtedy uwierzyć, że problemem jest lato. Że to ono przynosi dyskomfort, niepewność i potrzebę nieustannego poprawiania siebie. W rzeczywistości lato niczego nie tworzy. Jedynie ujawnia relację, którą kobieta budowała ze swoim ciałem przez lata. Relację opartą na szacunku albo nieustannej kontroli. Na życzliwości albo na konsekwentnym poszukiwaniu kolejnych wad.
Dlaczego akceptacja własnego ciała staje się trudniejsza latem?
Dwie kobiety o podobnej sylwetce mogą przeżyć ten sam letni dzień zupełnie inaczej. Jedna zakłada sukienkę i wychodzi z domu, skupiając się na tym, gdzie jedzie, z kim spędzi czas i co wydarzy się wieczorem. Druga przez kilka godzin kontroluje ułożenie materiału, zasłania ramiona, poprawia brzuch i pilnuje, żeby nikt przypadkiem nie zrobił jej zdjęcia.
Różnica nie znajduje się w obwodzie talii.
Znajduje się w sposobie patrzenia.
Od najmłodszych lat kobiety słyszą, że ciało jest projektem, nad którym trzeba pracować. Zawsze pozostaje coś do wygładzenia, wyszczuplenia, wymodelowania albo ukrycia. Reklamy, magazyny i media społecznościowe od lat powtarzają tę samą historię, jedynie zmieniając opakowanie. Dawniej należało być szczupłą. Później szczupłą, ale z krągłościami. Teraz trzeba jeszcze wyglądać naturalnie, choć najlepiej po starannie przeprowadzonej serii zabiegów, treningów i poprawek.
Nic dziwnego, że akceptacja własnego ciała zaczyna przypominać zadanie, które można zaliczyć dopiero po spełnieniu określonych warunków. Najpierw trzeba schudnąć. Potem ujędrnić skórę. Poprawić postawę. Pozbyć się zmarszczek. Nauczyć się dobrze wychodzić na zdjęciach. Lista nie ma końca, ponieważ nie została stworzona po to, żeby kiedykolwiek można było ją zamknąć.
Właśnie dlatego wiele kobiet odkłada na później rzeczy, które nie powinny wymagać specjalnego pozwolenia. Wakacje, nową sukienkę, wyjście na basen, zdjęcia z bliskimi czy profesjonalną sesję kobiecą. Czekają na dzień, w którym będą wyglądały wystarczająco dobrze, by wreszcie przestać się kontrolować.
Granica „wystarczająco dobrze” ma jednak wyjątkową zdolność przemieszczania się. Kiedy znika jeden kompleks, pojawia się kolejny. Gdy zostaje osiągnięty jeden cel, natychmiast rodzi się następny. Ciało zmienia się, ale sposób oceniania pozostaje ten sam.
Podczas sesji kobiecych obserwuję ten mechanizm regularnie. Niezależnie od wieku, sylwetki czy doświadczenia przed aparatem wiele kobiet przychodzi do studia z obrazem siebie zbudowanym z przypadkowych fotografii, niekorzystnych luster i uwag, których autorzy prawdopodobnie dawno o nich zapomnieli.
Czasem wystarczy kilka pierwszych zdjęć, żeby zobaczyć, jak bardzo ten obraz różni się od rzeczywistości. Kobieta, która przez lata była przekonana, że musi ukrywać ramiona, brzuch albo profil, nagle widzi osobę znacznie bardziej harmonijną i naturalną, niż pozwalała sobie wcześniej dostrzec.
Nie dlatego, że aparat ją naprawił.
Dlatego, że po raz pierwszy ktoś nie patrzył na nią wyłącznie przez pryzmat rzeczy, które miała ukrywać.
Akceptacja własnego ciała nie oznacza zachwytu każdego dnia.
Profesjonalna sesja kobieca nie zmienia ciała. Zmienia warunki, w których kobieta może na nie spojrzeć. Zamiast przypadkowego kąta pojawia się świadoma perspektywa. Zamiast ostrego światła z przymierzalni jest światło dobrane do twarzy i sylwetki. Miejsce szybkiej oceny zajmuje uważność.
Jako fotograf kobiecy w Częstochowie nie szukam na zdjęciu listy niedoskonałości, którą klientka przyniosła ze sobą do studia. Widzę gest, spojrzenie, napięcie, charakter i sposób, w jaki kobieta zaczyna zajmować własną przestrzeń, kiedy przestaje przepraszać za swoją obecność.
Akceptacja własnego ciała nie oznacza przecież, że każdego ranka należy stać przed lustrem i zachwycać się każdym fragmentem sylwetki. Nie wymaga też udawania, że nie istnieją dni, w których własne odbicie zwyczajnie się nie podoba.
Znacznie bliżej jej do decyzji, że wygląd nie będzie już warunkiem uczestnictwa we własnym życiu.
Ciało nie musi podobać się codziennie, żeby można było traktować je z szacunkiem. Nie musi być idealne, żeby zasługiwało na sukienkę, zdjęcie, wyjazd albo obecność na plaży. Nie musi przejść kolejnego programu naprawczego, zanim kobieta pozwoli sobie przestać chować się na końcu grupowej fotografii.
Lato bywa pod tym względem bezlitosne. Odbiera część wygodnych kryjówek i pokazuje, ile energii pochłania nieustanne monitorowanie siebie. Czas spędzony na kontrolowaniu brzucha, ramion albo ud nie wraca. Podobnie jak zdjęcia, których nie zrobiono, sukienki pozostawione w szafie i wyjazdy przeżywane bardziej przez pryzmat własnej sylwetki niż miejsca, do którego się przyjechało.
Być może akceptacja własnego ciała nie zaczyna się więc od zmiany tego, co widać w lustrze. Zaczyna się w chwili, gdy kobieta przestaje uzależniać od tego lustra swoje decyzje.
Dobra fotografia kobieca nie rozwiązuje wszystkich konfliktów z własnym odbiciem. Potrafi jednak pokazać, jak wiele z nich nigdy nie znajdowało się w ciele. Powstały w sposobie patrzenia, w słowach powtarzanych przez lata i w przekonaniu, że swoboda jest nagrodą za odpowiedni wygląd.
Może więc pytanie nie powinno brzmieć, czy ciało jest gotowe na lato.
Może warto zapytać, ile życia jeszcze musi poczekać, zanim przestaniemy stawiać mu kolejne warunki.
Bo lato nie odkrywa ciała.
Odkrywa sposób, w jaki od lat na nie patrzymy.
